poniedziałek, 12 stycznia 2015

Roland Topor "Czarne krowy"


Styl pisarski Rolanda Topora jest łatwo rozpoznawalny, nie sposób pomylić go z jakimkolwiek innym: nawarstwiony, zapętlony obłęd, komiczne paranoje spisywane najczęściej w pierwszej osobie, purnonsensowe makabreski, interwencje panicznej wyobraźni w tradycyjne fizjonomie i psychologie, wszechobecność postaci z poobcinanymi częściami ciał oraz niekompletnymi umysłami, kpina z wszelkich form realizmu, coś z ciężkiego pesymizmu kafkowskiego i coś z lekkiego optymizmu surrealistycznego, coś z ponurego fatalizmu i coś z magicznej swobody, niczym nieskrępowanej, demiurgicznej wolności. "Czarne krowy", zbiór późnych nowel legendarnego paryżanina, niepublikowany za jego życia, nie wprowadza pod tym względem żadnych zasadniczych rewolucji. 

"Czarne krowy" opowiadają nam między innymi o agresywnym, znienacka atakującym stole; o wyemancypowanym i refleksyjnym fallusie trudniącym się speleologią; o praktycznych metodach spowalniania, kiedy jest nam miło, i przyspieszania, kiedy jest nam nudno, biegu czasu (da się go spowolnić np. poprzez robienie zeza); o ojcu Honorinie kopulującym z drzewami (w ten sposób roznosi na rośliny przykre choroby); o złośliwej sekretarce, której forma istnienia jest raczej niejasna (jest elektryczna); o metaforze ludzkiego życia jako jeździe z górki samochodem z uszkodzoną linką hamulcową (uszkodzoną już zaraz po wyjeździe z czarnego tunelu); o prestiżowej sekcie religijnej, która w gruncie rzeczy jest wybornie zorganizowanym domem rozpusty (niestety, nie ma już wolnych miejsc); o tym, że pieniądze, podobnie jak Bóg, nie tylko umarły, ale również nie istnieją; o takim, co chciał zatrudnić się na stałe w kabinie toaletowej (bezskutecznie); o znanych zmarłych aktorach XVIII, XIX i XX-wiecznych, którzy nawiedzają pośmiertnie pewien współczesny teatr i... piją w nim na umór; o ataku terrorystycznym w zoo na klatkę z hienami (podłożono zwierzętom dziecko z ładunkiem wybuchowym). Na szczególną uwagę zasługuje również tytułowe opowiadanie, które wyjaśnia, w sposób przekonujący, że to nie czarne koty przynoszą pecha, lecz raczej czarne krowy - przykładowo, jeśli ktoś przez okno w pociągu dostrzeże pasące się w polu bydło, to nie powinien zdziwić się, że za chwilę dostanie mandat, o ile jedzie bez biletu.

Ktoś może powiedzieć: brakuje w tych opowiadaniach mocnych puent, znanych np. z debiutanckich "Czterech róż dla Lucienne", są słabsze fabularnie. Ktoś inny może powiedzieć: "Czarne krowy" nie posiadają tej lekkości i świeżości co np. wcześniejszy "Dziennik paniczny". Głosy te mogą być częściowo zasadne. Wydaje się jednak, że to, co delikatnie wyróżnia ostatni zbiór Topora, jest do wyjaśnienia. Szaleństwo nie rozgrywa się już wyłącznie wewnątrz umysłu autora i nie jest wariacją na archetypowy temat, i nie jest też tylko wynikiem strachu przed śmiercią, ale wyjątkowo wyraźnie, w przeciwieństwie do innych książek Topora, wynika z relacji do bieżącej sytuacji historycznej: frustrująca świadomość nierówności społecznych oraz rosnącej, absurdalnej wszechwładzy barbarzyńskiego pieniądza jest wyczuwalna i mocno nadaje ton całości książki. 

Tak to "Czarne krowy" potwierdzają starą prawdę, że myśl nawiązującą intensywniejsze kontakty z tym, co zewnętrzne, gorzknieje, dostaje więcej powagi, ale i zostaje obciążona niełatwym do uniesienia ładunkiem - nawet dla jednego z największych mistrzów czarnego humoru. 


Roland Topor, Czarne krowy, tłum. M. Krzykawski, wyd. Replika, 2014. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz